Wokół komina - ruiny w Besiekierach

maj 2013

Docieramy na parking. Maszyna zmoczona po nocnych jeszcze opadach.

Ech… zaraz wiatr ją osuszy ;-) Czarny smaruje łańcuch a ja doczekać się nie mogę. Chcę już jechać.


Dawno nie słyszany dźwięk. Ryk silnika. Tak, ryk, to nie jest jakiś tam warkot, czy inny terkocik.

Jeezzuu, jak ja lubię ten hałas. Taki zagłuszasz wszystkiego. Właśnie sobie uzmysłowiłam, że odpalenie silnika powoduje u mnie dziwny stan „nic więcej nie ma teraz znaczenia”. Ruszamy.

Kierunek Zamek w Besiekierach. Szukając ciekawych miejsc jakoś sam wpadł mi w oko.

Pierwsze wrażenia z jazdy? Nie, pierwsza myśl „tyle przed nami dróg, a każda najpiękniejsza… ” No może ta jeszcze nie. Jedziemy krajową jedynką.

Bodajże w Topoli Królewskiej żegnamy dość gęsto uczęszczaną drogę i wjeżdżamy na tereny mniej „usamochodowione” czyli miasteczka, wioski, wioseczki.

Kurde jak dawno nie czułam tych zapachów. Zapachy, smrody?

Kto teraz pamięta jak czuć kury, krowy, konie? Zapach pól ze świeżo wywalonym nawozem?

Czy Ci nieliczni pojawiający się ludzie czują to co ja? Pewnie nie. Przecież ten zapach otacza ich na co dzień. Przyzwyczaili się. Dla mnie to jednak fajna odmiana. Ucieczka z miasta przecież. Zastanawiam się jak żyłoby się w takim miejscu. Niestety moja wyobraźnia nie jest aż tak rozwinięta. Pytanie pozostaje bez odpowiedzi.

W tle pojawia się cel naszej dzisiejszej podróży. Ruiny zamku w Besiekierach.


P1180289JPG

Ruiny zamku w Besiekierach

 

Pierwsze wrażenie: jak blisko drogi. Jakoś zawsze wszelkie ruiny kojarzyły mi się z ich zdobywaniem, chociażby przez dalekie do nich dojście. A tu? Super. Parkujemy przy samym zamku. Tuż przy moście prowadzącym przez uroczą fosę. Chyba z racji pogody jesteśmy jedynymi zwiedzającymi to urocze miejsce. Poza nami odbywa się sesja komunijna. Swoją drogą, świetne miejsce na taką sesję.

Zwiedzamy zamek, widać tu masę pracy włożoną w jego odrestaurowanie. Na szczęście na każdym kroku czuć jednak historię. W takim miejscu zawsze zastanawiasz się „jak tu kiedyś żyli ludzie”.

Napotykamy też na bociana, który właśnie sfrunął ma na zamkową wieżę. Nasze zainteresowanie wzbudza fakt, że gniazdo co prawda jest, ale po drugiej stronie zamkowych murów, znacznie zresztą niżej. Poszukując informacji o ruinach znajduję odpowiedź. Przed pracami konserwatorskimi przy wieży, które spowodowały zwiększenie jej masy i pęknięcia na jej murach gniazdo bocianie miało od lat właśnie tam swoje miejsce. Z uwagi na bezpieczeństwo gniazdo zostało przeniesione na pewniejsze mury. Bociek jednak wie swoje i właśnie na niej czuje się jak u siebie.

Zamkowi uroku dodaje fosa otaczająca jego mury. Wokół niej biegnie ścieżka, która pozwala obejrzeć go z każdej strony. Idziemy tylko kawałek i wracamy. Czas ruszyć dalej.   

Przed startem zostajemy jednak poproszeni o zgodę na wykonanie kliku zdjęć „komunistki” na tle zamku w siodle suzuki.

Ruszamy dalej. Kierunek Uniejów. Tam też czeka na nas zamek. Kierując się na zachód, mijamy miejscowość Dąbie, gdzie odbijamy na Uniejów.


P1180318JPG

  Zamek w Uniejowie widziany z mostku nad Wartą

 

Parkujemy od strony miasta i mostkiem dla pieszych, nad Wartą, podziwiając repliki armat, z których tryska woda (dziwny pomysł jak dla mnie, ale skoro wzrok przyciąga, niech będzie) dostajemy się na teren parku zamkowego.

Zamek w Uniejowie nie wzbudza we mnie właściwie żadnych uczuć. Ot, taki sobie zamek. Wchodzimy na dziedziniec, który pozytywnie mnie zaskakuje rzeźbą. Urok chwili psują jednak zapachy wychodzące z restauracyjnej kuchni, która jak się okazuje ma tam swoją siedzibę. Nie czuję tu ducha historii. A szkoda.



P1180322JPG

 Wieża ostatniej nadziei - dziedziniec Zamku w Uniejowie

Wracamy.

Za Uniejowem, moje sprawne oko plecaczka (podziwianie cudów natury z tego poziomu ma swoje plusy) zauważa coś godnego uwagi. W ostatniej chwili pokazuje to cudo M. i zawracając sprawdzamy co się kryje za krzaczkami. Dworek jak z obrazka. Właściwie mury starego dworku.


P1180325JPG

 Dworek w Biernacicach

 

Teren ogrodzony jest starym, drewnianym płotem z desek. Aż się rwiemy, by obejrzeć go z bliska. Zauważamy jednak znak zakazujący wstępu i oznaczenie terenu prywatnego. Szanujemy to i zadowalamy się oglądaniem z ulicy. Zresztą już na pierwszy rzut oka widać, że ktoś wkłada serce w utrzymanie ładu na terenie. Kilka fotek i wracamy do domku.

Bardzo malowniczymi drogami, wśród lasów, żółtych pól rzepaku – śmierdzącego zresztą, uroczych wiosek, różowych tirów – kto jeździe różowym ciągnikiem?, przez Wartkowice, Parzęczew i Aleksandrów Łódzki dobijamy do mety.  

Było super!  Zawsze jest...